piątek, 3 listopada 2017

Rozdział 2

//Zmianom uległa całkowicie scena spotkania z Chrisem, jak i te następne w mniejszym lub większym stopniu.//   

"Ryzyko bierze się z nieświadomości swoich poczynań."
~Warren Buffett



   Mówi się, że wiedza to klucz do potęgi. Ra's również był tego zdania, Od samego początku wpajał mi, że zdobycie informacji o przeciwniku daje niebywale dużą przewagę, która może przesądzić o wyniku walki. Jak widać tą lekcje dość dobrze przyswoiłam, skoro zamiast wylegiwać się w łóżku, postanowiłam jako Sayuri włamać się do Carmine'a. Kto by pomyślał, że ten starzec będzie miał tyle przydatnych danych na swoim komputerze. Co prawda słyszałam, że kiedyś był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w tym przeklętym mieście, dlatego uznałam, że warto sprawdzić czy czegoś nie wie, z pewnością jednak nie sądziłam, że będzie tego miał aż tyle. Jak widać pomimo upływu lat wciąż posiadał parę asów w rękawie. Są tu haki na prawie każdego kto mógłby się przydać. Od skorumpowanych gliniarzy i urzędników, do pospolitych gangsterów, przez przemytników broni.
   Uśmiechnęłam się widząc, że kopiowanie prawie się skończyło. Poszło łatwiej niż myślałam. Przemknięcie się obok strażników i wyłączenie monitoringu było banalnie proste. Tak samo jak dostanie się do biura oraz złamanie haseł w komputerze. Może nie jest to najbardziej satysfakcjonująca misja, ale nie zamierzam narzekać. Z pewnością wymyślę coś czym będę mogła zająć wolny czas.
   Wystarczy tylko poczekać, aż kopiowanie plików się skończy. A przynajmniej wystarczyłoby, gdyby ktoś nie pociągnął za klamkę od drzwi biura. Zerknęłam w tamtym kierunku. Pojedyncze szarpnięcie po chwili powtórzyło się kilkakrotnie, symbolizując zdenerwowanie typa, który próbował się tu dostać. Fuks, że pomyślałam o zamknięciu ich na klucz. Ignorując niezadowolony głos dochodzący z korytarza i parę innych które mu odpowiadały, wróciłam wzrokiem do ekranu. Jeszcze tylko chwila. Paręnaście sekund. Mocne uderzenie w drzwi, wywołało u mnie zwątpienie czy na pewno mam ich aż tyle. Drewno z którego są wykonane, raczej długo nie wytrzyma prób wyważenia. Normalnie walka nie stanowiłaby problemu. Teraz jednak muszę się liczyć z poważnie ograniczoną ilością broni, jak i możliwością przypadkowego zwrócenia na siebie uwagi pewnego problematycznego osobnika. To akurat nie jest mi potrzebne. Przynajmniej na razie. Walka w takim wypadku nie kwalifikuję się do najlepszych rozwiązań. Kto by pomyślał, że odejście od Ligi sprawi, że naglę zacznę kierować się rozsądkiem. Skupiłam się na komputerze, starając się być gotową na jak najszybsze wyjście. Przy pierwszym mocnym uderzeniu drzwi się wygięły, a na ekranie wreszcie pojawiła się informacja o zakończonym pobieraniu. Przy drugim puścił pierwszy z zawiasów, a ja pośpiesznie wyciągnęłam swojego pendrive'a. Trzecie uderzenie było tym, które skutecznie wyważyło drzwi wpuszczając do środka ochroniarzy Carmine'a. Na ich nieszczęście jedyne co zastali to otwarte okno.
   Uśmiechnęłam się zerkając w dół. Podciągniecie na gzymsie i wspięcie na dach okazało się idealnym planem ewakuacyjnym. Obserwowałam jak jeden z uzbrojonych mężczyzn wychyla się zza okna rozglądając na boki. Nie przyszło mu jednak do głowy by spojrzeć do góry. Falcone powinien zacząć zatrudniać lepiej wyszkolonych pachołków. Upewniłam się, że pendrive jest dobrze schowany w jednej z kieszeni mojego paska, po czym ruszyłam w dalszą drogę, kompletnie ignorując nagle pojawiający się na niebie symbol w kształcie nietoperza. 


*************


  Mieszkając w Gotham łatwo przyzwyczaić się do deszczu. Bez przeszkód wpasowuje się w ponurą architekturę przedmieść i slumsów. Gorzej z bogato urządzonym centrum. Tam sprawia on wrażenie wyjętego z kadru. Zupełnie niepotrzebnego, kompletnie przeszkadzającego. Choć z drugiej strony pewnie mieszkańcy miasta już dawno się do niego przyzwyczaili. Z resztą prognozy mówią o rozpogodzeniu, więc może nie jest aż tak źle jak może się wydawać. Tyle razy podróżowałam z Ra's, że powinnam już przyzwyczaić się do nagłych zmian klimatu, jednak nie jest tajemnicą, że o wiele bardziej wolę słoneczną atmosferę. To po co tu w ogóle przyleciałaś? Chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. Może najzwyczajniej w świecie uznałam, że tutaj nie będę się nudzić. Dodatkowo fakt, że jest to jedno z nielicznych miejsc, w których nie ma ukrytych oddziałów Ligi Zabójców również był dość kuszący. Co prawa pewnie nieliczni agenci wciąż tu są, nadzorując sytuację miasta i obserwując poczynania Mrocznego Rycerza. Nie mniej od sprawy z drugim Robinem, Ra's poprzysiągł sobie nie mieszać się w sprawy Gotham. Przynajmniej póki nie będzie to konieczne. Cokolwiek przez to rozumie.
   Zerknęłam przez okno obserwując ulice pogrążone w deszczu. Przez około godzinę miałam szczerą nadzieję, że się rozpogodzi, nie mniej wciąż się na to nie zanosi. W tym czasie zdążyłam przynajmniej tu trochę ogarnąć, choć nie było tego zbyt wiele. Przejechałam wzrokiem po niewielkim salonie, ironicznie się uśmiechając. Kilka szantaży, małe zastraszenie - tyle wystarczyło by w pełni legalnie przejąć ten "miły", dwupiętrowy domek leżący w Alei Zbrodni. Jedna z najbardziej ciekawych dzielnic jakie udało mi się na szybkiego znaleźć. Trzeba przyznać, że nie trafiłam najgorzej. Fundamenty były stabilne, ściany oraz sufit nie przeciekały, i chociaż większość mebli była do wymiany, a co droższe wyposażenie dawno wykradziono, to było tu dość przydatnych rzeczy bym i na to nie narzekała. Chociaż wygodniejsze łóżko z pewnością byłoby mile widziane. Tym jednak zajmę się później. Na razie mam ważniejsze sprawy do roboty.
   Założyłam kurtkę, wrzucając do kieszeni najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam, zarzucając na głowę kaptur. Muszę odwiedzić starego kumpla.


*************

      Gdy drzwi mieszkania w końcu się otworzyły, mimowolnie uśmiechnęłam się do szatyna, którego piwne oczy dokładnie mi się przyglądały. Z rozczochranymi włosami, ubrany w dresowe spodnie wyglądał jakby dopiero wstał. Mój wzrok trochę dłużej zatrzymał się na jego tatuażu, przedstawiającym czarnego kruka, którego szpony zaciskały się tarczy zegara. Gdy znów spojrzałam w jego oczy, mężczyzna uśmiechnął się ironicznie, jakby nie wierzył w to co widzi.
-Wpuścisz mnie do środka czy wolisz rozmawiać na klatce schodowej? - spytałam przechylając delikatnie głowę. Chłopak odsunął się nieznacznie, bez słownie mnie wpuszczając. 
-Miło znów cię widzieć Sayuri. Czym to zawdzięczam sobie twoją wizytę?-Jego głos zdawał się być przesiąknięty sarkazmem. Jakby powtarzał kwestię, której już dawno się wyuczył. Nie czekając na odpowiedź przeszedł do salonu, ruchem dłoni pokazując mi na fotel. 
-Muszę mieć powód by cię odwiedzić Chris? Przypomniałam sobie, że Lucas kiedyś wspominał, że osiedliłeś się w Gotham. Postanowiłam wykorzystać okazję, na odświeżenie dawnej znajomości- mówiłam siadając na czarnej kanapie, która dzieliła swą barwę z innymi meblami w tym pomieszczeniu, którego ściany były sterylnie białe. Szatyn jedynie spojrzał na mnie jakbym opowiedziała kiepski żart, na co westchnęłam. Spotkałam go wcześniej z jakieś cztery może pięć razy. W tym raz wyświadczając mu dość sporą przysługę. Z chęcią poprosiłabym o jej spłatę, gdybym wcześniej tego nie zrobiła. To zdecydowanie Lucas bardziej się z nim zadawał. Choć Chris nie należał do Ligi Zabójców, to czasem się przydawał do zdobycia informacji. Z resztą nie tylko nich. Lightning powtarzał, że nie ma rzeczy, której szatyn nie byłby w stanie załatwić. 
-Oczywiście. Nie ma z tym nic wspólnego fakt, ze odeszłaś z Ligi Zabójców i zapewne zaczynasz odczuwać tego negatywne konsekwencje, takie jak mniejszy asortyment broni- powiedział ironicznie, po czym westchnął widząc moje pytające spojrzenie.- Plotki szybko się roznoszą. Lucas zadzwonił dzień po twoim odejściu. Najwidoczniej za dobrze cię zna. Nie rozumiem tylko dlaczego pozwolił ci na tak głupie zachowanie. Z Ligi się nie odchodzi.-Brzmiał poważnie, a jego wzrok był niemal karcący. Zaśmiałam się na myśl, że Lucas martwił się na tyle, by dzwonić do Chrisa. Słodkie.
-A co Ra's miałby zrobić? Kazać mnie zabić? Nie bądź śmieszny. Niepotrzebnie straciłby ludzi. Z resztą jak widać  mam się świetnie. Najwidoczniej można odejść z Ligi zachowując przy tym głowę. Wystarczy być odpowiednio przekonywującym.
-Skoro tak sądzisz-powiedział, dając jasno do zrozumienia, że nie daje wiary moim słowom. Wzruszyłam na to ramionami, wyjmując mały pendrive i podając go chłopakowi.
-Jest na nim zapisana lista rzeczy, które mogą mi się przydać. Jeszcze nie zaznajomiłam się z tym miastem na tyle, by wiedzieć gdzie najłatwiej zdobyć broń. Znajdziesz tam też numer i wszelkie potrzebne dane konta ze środkami, które możesz wykorzystać. Nie wahaj się doliczyć sobie za fatygę- mówiłam starając się brzmieć i wyglądać jak najbardziej poważnie. Chłopak jedynie się uśmiechnął.
-Mogę spytać skąd masz te pieniądze? Nie chcę być wścibski, ale wolę wiedzieć w co możesz mnie przypadkiem wpakować- mówił odkładając przedmiot na stolik. Uśmiechnęłam się widząc jego podejrzliwość. Ostatnio poszło jakoś łatwiej.
-Możliwe, że pożyczyłam je od takiego jednego gostka z Gotham. Nazywa się chyba Carmine Falcone czy jakoś tak.  Ma kilka kont, więc utrata pieniędzy z jednego z nich, nie powinna go zaboleć-odpowiedziałam lekceważąco, obserwując jak szatyn kręci głową z powątpiewaniem.
-Jesteś niemożliwa. Okradłaś byłego króla przestępczego Gotham i masz czelność to lekceważyć. To nie jest dobry pomysł, by robić sobie wrogów. Zwłaszcza gdy nie jest to potrzebne.
-Przecież mnie nie widział. Z resztą po co miałabym się nim martwić? Nie stanowi dla mnie żadnego zagrożenia.- Po tych słowach zapadła zupełna cisza. Chris przyglądał mi się jakby analizował każdy możliwy scenariusz. W końcu uśmiechnął się triumfalnie.
-Nich ci będzie, ale nic za darmo. Możliwe, że mam dla ciebie idealną robotę.-Gdy to mówił przez chwilę się zawahałam, zastanawiając się czy opłaca mi się w to mieszać. W końcu znalezienie broni nie powinno być takie trudne, zwłaszcza w Gotham. Z drugiej strony wątpię by kunai były obecnie popularne na czarnym rynku, a pomoc Chrisa z pewnością wiele ułatwi. Jego spojrzenie nie wróżyło jednak nic dobrego. Odruchowo przejechałam dłonią po ciemnoczerwonym paśmie moich włosów, znajdującym się z boku, po prawej stronie głowy. Jakby nie patrzeć, nie mam nic do stracenia.
-I tak nie mam nic do roboty. Mam nadzieję, że to będzie coś ciekawego - powiedziałam uśmiechając się cwaniacko i pozwalając mu objaśnić o co tak właściwie chodzi.


*************

  
   Chris był dość zdawkowy w udzieleniu mi jakiś informacji. Powiedział tylko, że wyświadcza komuś przysługę i w sumie nie ma sensu bym się w to zagłębiała. Wspomniał też coś o tym, że nawinęłam mu się w odpowiednim momencie, wiele ułatwiając. Jasno też określił cel tego zadania, zaznaczając, jak małe znaczenie ma, co stanie się z osobami postronnymi. Dał mi w tej kwestii całkowitą dowolność poczynań. Uśmiechnęłam się rozglądając po średniej wielkości laboratorium, które było urządzone w jakimś starym magazynie. Kilka słabych żarówek, rzucało swój migotliwy blask na ciemne ściany i standardowe, laboratoryjne wyposażenie oraz martwe ciała pracujących tu naukowców i oprychów, którzy mieli ich zapewne pilnować. Jedni mieli podcięte gardła, inni przebite klatki piersiowe, a reszta skończyła w bardziej okrutnych okolicznościach. To niesamowite co może przypadkiem wpaść w ręce. Nie wdawałam się w szczegóły na tyle by wiedzieć, kto zapragnął zrobić sobie tutaj to pseudo-laboratorium. Nie obchodziło mnie też zbytnio to co tu badali.
   Podeszłam do jednej z licznych szafek. Gdy tylko otworzyłam jej szklane drzwi, owiało mnie zimne powietrze wydobywające się z jej wnętrza. Chwilę mi zajęło nim w gąszczu probówek, znalazłam te, których wytyczne wcześniej dał mi Chris. Łącznie dziesięć sztuk. Podniosłam jedno z naczyń przyglądając się jasnopomarańczowej substancji znajdującej się w środku. Zagryzłam dolną wargę, zastanawiając się czy nie warto by zachować jednej dla siebie. Na wszelki wypadek. Tylko po to by potem sprawdzić, co tak właściwie kradnę i po co komukolwiek miałoby na tym zależeć. Końcem końców jednak schowałam wszystkie do wcześniej przygotowanej srebrnej walizki, posiadające przystosowane komory. Zatrzasnęłam ją z zamiarem wyjścia, gdy do moich uszu dotarł ledwo słyszalny jęk.
- Po-pożałujesz... - Chrapliwy głos skutecznie przyciągnął moją uwagę. Łysawy typ leżał pod jedną ze ścian. Miał kunai wbite w brzuch. Musiałam chybić na tyle, by ostrze ominęło ważne organy. Uśmiechnęłam się drwiąco. Gdyby grzecznie milczał, miałby szansę przeżyć. Zawsze ktoś mógł go znaleźć na czas i udzielić pomocy nim ten idiota, by się wykrwawił. W obecnej sytuacji nie zostaje mi  jednak nic innego, jak dokończyć to co zaczęłam. Mężczyzna gdy tylko zauważył, że się zbliżam, próbował wyciągnąć pistolet, ale szybko okazało się, że magazynek  jest pusty. Omal się nie roześmiałam. Pomyśleć, że ludzie dziwią się mojej niechęci do tego rodzaju broni. Przecież jest tak cholernie zawodna. Nim typ zdążył zareagować w jakiś inny sposób, zacisnęłam dłoń na jego szyi, podciągając jegomościa na wysokość mojej twarzy. Gdy tylko próbował się wyrwać, wzmocniłam uścisk ograniczając mu dostęp do powietrza. Pomału zaczynał wyglądać jak ryba wyrzucona na brzeg. Czasem super siła się przydawała. Uśmiechnęłam się wrednie, wyszarpując kunai z jego ciała, a następnie wbijając je prosto w serce. Dokładnie obserwowałam jak jego źrenice gwałtownie się zwężają, a płuca w końcu zaprzestają prób zaczerpnięcie tlenu. Uwolniłam go ze swojego uścisku, pozwalając by ciało bezwładnie osunęło się na podłogę.
- I po co było się odzywać? - mruknęłam starając się choć trochę wytrzeć krew z bluzki. Ku mojemu rozczarowaniu jedynie bardziej ją roztarłam. Bez większych ceregieli wzięłam walizkę i wyszłam z tego przeklętego laboratorium.
    Oddalając się na bezpieczną odległość, wyjęłam mały detonator wciskając odpowiedni guzik. Po chwili przestrzeń wypełnił potężny huk, a budynek, z którego wyszłam spowił ogień. Jego pomarańczowa łuna rozświetliła nieznacznie okolice. Rozejrzałam się dookoła Zniszczone już laboratorium, mieściło się na niezłym odludziu. Poza pustostanami i starymi magazynami nic tu nie było. Nigdzie w okolicy też nie zauważyłam nikogo, kto mógłby sprawić jakikolwiek problem. Zerknęłam na nocne niebo zasnute chmurami, które groziło deszczową aurą. Mój wzrok w końcu spoczął na motocyklu. Czarna maszyna stała pod jednym z budynków, cierpliwie czekając na mój powrót. Nim jednak zdołałam się do niego zbliżyć, usłyszałam za sobą cichy świst przecinanego powietrza. W błyskawicznym tempie odwróciłam się, wyjmując błyskawicznie kunai, którym odbiłam nadlatujący pocisk. Dopiero po chwili usłyszałam ciche pikanie z miejsca gdzie się ostatecznie wbił. Ledwo zdążyłam na niego spojrzeć, zauważając, że tym czyś był batarang, nim urządzenie eksplodowało. Ułamek sekundy. Tyle wystarczyło bym zdążyła odskoczyć, a i tak poczułam siłę wybuchu, który omal nie zwalił mnie z nóg.
-Będziesz potrzebował czegoś lepszego gacku - mruknęłam do siebie, prostując się i spoglądając w stronę, z której nadleciała broń nietoperza. Mroczny Rycerz stał na dachu pobliskiego magazynu, dokładnie mi się przyglądając. Kto by pomyślał, że akurat dzisiaj postanowi się tu pojawić. Zacisnęłam dłoń, w której trzymałam walizkę. Nawet gdyby którykolwiek z tych podrzędnych naukowców zdążył zaalarmować policję, w co wątpię, to i tak nie powinien przybyć tu tak szybko.
- Mogłeś zwrócić moją uwagę w inny sposób. Wiesz o tym, prawda? Zwykłe "cześć" w zupełności, by wystarczyło - powiedziałam w jego kierunku, nie kryjąc swojego dobrego humoru. Tyle o nim słyszałam, że z przyjemnością sprawdzę, czy chociaż część tych plotek jest prawdziwa. Nie spuszczając z niego wzroku cofnęłam się do swojego motocykla, kładąc na nim walizkę.
- Daje ci tylko jedną szansę by się poddać i oddać to co ukradłaś. - Jego ponury głos rozbił się echem po przestrzeni. Trzeba mu było przyznać, że potrafi zrobić dobre wrażenie.
- To słodkie z twojej strony, ale chyba odmówię - odpowiedziałam z uśmiechem rzucając w jego kierunku parę wybuchowych kulek, jednocześnie trochę się zbliżając  w kierunku zabudowań. Ładunki trafiając w budynek tuż pod nogami nietoperza, zmusiły go do szybkiej ewakuacji.  Używając liny zeskoczył na dół, stając naprzeciw mnie. Dało mi to dostatecznie dużo czasu, bym zdołała określić stan mojego wyposażenia. Zostało mi jedynie parę ostrzy kunai i sześć shurikenów. Dłuższa walka nie ma sensu, tak samo jak zabijanie gacka. Gotham bez niego byłoby zdecydowanie zbyt nudne. Prychnęłam. Tak bardzo żałuję, że nie mogę się z nim zabawić na poważnie, ale dopóki Chris nie załatwi mi tej dostawy muszę choć trochę odpuścić.
   Przez głowę przemknęło mi, że dziś mogłabym zachować się rozsądnie i po prostu zniknąć. Jednak zamiast ruszać w kierunku motocykla, zaczęłam biec w stronę Batmana, bezceremonialnie go atakując. Walcząc w zwarciu nie dawałam mu szansy na wyjęcie jednego z licznych gadżetów, sama ograniczając się w użyciu siły. Z trudem musiałam przyznać, że Mroczny Rycerz był całkiem dobry. Nawet bardzo dobry. Utrzymanie jakiejkolwiek kontroli nad walką stawało się z każdym ciosem coraz cięższe. Obserwowałam ruch jego ciała, skupiając się na każdym z mięśni, starając się jednocześnie przewidzieć posunięcia nietoperza. Kopnęłam go z półobrotu, jednak mężczyzna zdołał złapać mnie za kostkę, gwałtownie odpychając przez co straciłam równowagę. Parę sekund wystarczyło mu na wymierzenie kolejnego ciosu, którego uniknęłam w ostatniej chwili. Zamachnęłam się prawym sierpowym. Zabrakło cala, bym roztrzaskała mu czaszkę. Batmanowi natomiast udało się chwycić moją rękę w nadgarstku, następnie przerzucając mną ponad własnym ramieniem. Wbrew jego oczekiwaniom wylądowałam na własnych nogach, błyskawicznie odnajdując się w sytuacji. Nim w jakikolwiek sposób zareagował chwyciłam za jego pelerynę ciągnąc w swoim kierunku. Błyskawicznym, celnym kopniakiem trafiłam go w brzuch, lekko odpychając.
- Te pelerynki to trochę dziecinada, nie sądzisz? - powiedziałam, podczas kolejnej wymiany uderzeń. Nie miałam nawet czasu na niedziwienie się brakiem odpowiedzi, zbyt pochłonięta unikaniem ciosów. Wyciągnęłam jedno z kunai, zamachując się nim. Zdołałam jedynie zarysować pancerz mężczyzny, który w porę odskoczył. Bez namysłu spróbowałam zaatakować jeszcze raz, lecz z marnym skutkiem. Za każdym razem unikał trafienia, a im częściej to robił tym bardziej mnie to drażniło. Możliwość, że mogłabym z nim przegrać sprawiała, że nagle zapominałam o treningu, który przeszłam, a jedyne co stawało się ważne to kolejny atak. "Twoja pochopność cię kiedyś zgubi." To zabawne, że nawet teraz przywodzą mi na myśl słowa Ra's al Ghula.
   Nawet gdy w końcu rzuciłam ostrzem, udało mi się wyłącznie delikatnie zadrasnąć policzek nietoperza. Batman otarł cienką strużkę krwi, nawet na moment nie tracąc czujności. Jest szybszy niż myślałam. Ja natomiast pomału już zaczynałam łapać zadyszkę. Walka z przestępcami przed starciem z Batmanem to zdecydowanie nie był dobry pomysł. Nie to żeby tych kilku gangsterów stanowiło jakiekolwiek wyzwanie, najwidoczniej po prostu za dużo energii zmarnowałam na zabawę z nimi.
   Chwila mojego rozkojarzenia wystarczyła gackowi na ponowienie ataku. W ostatniej chwili osłoniłam się rękami przed batrangami, które wbiły się w moją skórę. Przeklęłam siarczyście, wyrywając je i odrzucając. Cofnęłam się przed jego sierpowym, następnie kontratakując. Starałam się uderzeniami wymusić na nim cofnięcie, co było wyjątkowo trudne, biorąc pod uwagę jak dobrze udawało mu się parować moje ciosy. Dodatkowym utrudnieniem były wciąż niezagojone rany na ramionach. Odpowiednia kombinacja ruchów Batmana sprawiła, że musiałam odskoczyć unikając trafienia kolejną rzutką. Szybko wyciągnęłam shurikeny, rzucając nimi w Mrocznego Rycerza i z niemałym zawodem obserwując jak im umyka. Nietoperz nie marnując czasu zaczął rzucać mi pod nogi wybuchowe batrangi. Ilekroć odsunęłam się na tyle, by uniknąć eksplozji, kolejne ładunki znów lądowały u moich stóp. Ku mojemu zdziwieniu ostatni, zamiast postąpić jak poprzednicy, najzwyczajniej w świecie wypuścił z siebie ciemną chmarę dymu. Nim zdołałam jakkolwiek zareagować usłyszałam szelest, a już po chwili wokół mnie obwiązała się cienka linka, dokładnie unieruchamiając mi ręce i zwalając z nóg. Najmniejszy ruch sprawiał, że lina zaciskała się coraz mocniej. Na razie chyba muszę zrezygnować z jej rozerwania. Westchnęłam, siadając po turecku na chłodnej ziemi. Dym pomału się ulatniał, odsłaniając sylwetkę Batmana. Ta zabawa przestaje mi się podobać. Przynajmniej już wiem czego mogę się po nim spodziewać następnym razem.
- Te gadżety są wkurzające. O wiele bardziej wolę staroświeckie walki na pięści - powiedziałam lekceważąco, gdy Mroczny Rycerz stanął przede mną, dając mi okazję bym mu się uważniej przyjrzała. Uśmiechnęłam się, nie kryjąc rozbawienia. - Zapewne powinnam czuć powagę sytuacji w jakiej się znalazłam, ale kiedy widzę te nietoperze uszka, ledwo powstrzymuję się od śmiechu. Ci wariaci w Gotham naprawdę aż tak się ciebie boją? - mówiłam, starając się wplątać go w jakąkolwiek rozmowę, która dałaby mi czas na wymyślenie jakiegoś planu działania. Choć jakby się zastanowić, to już chyba troszeczkę na to za późno.
- Co robisz w Gotham? - Stanowczy głos mężczyzny dał mi jasno do zrozumienia, że nie jest on skory do wdawania się w miłe pogawędki.
- Tak obecnie to jestem trochę uwiązana. - Moja odpowiedź mu się chyba nie za bardzo spodobała. Przez chwilę milczał, zapewne zastanawiając się na ile może sobie pozwolić. Słyszałam o jego sposobie przesłuchań, ale też o moralności poglądów. Wątpię by pobicie nastolatki uznał za najwyższą konieczność. Z drugiej strony na ile można być pewnym człowieka, który kłopot widzi w zabijaniu, ale pobicie kogoś do nieprzytomności traktuję jako błahostkę.
-Kto cię przysłał? - Na to pytanie, najzwyczajniej w świecie się roześmiałam, wzruszając ramionami.
-Chyba nie sądzisz, że to przesłuchanie jakkolwiek podziała? Powinieneś się bardziej postarać. Pomału zaczynam wątpić, czy kiedykolwiek to wcześniej robiłeś. Mogę dać ci kilka wskazówek-mówiłam starając się wyglądać na rozbawioną. Im bardziej mnie zlekceważy teraz, tym lepiej na tym wyjdę w przyszłości. Nagle Batman bez ostrzeżenia chwycił mnie za kołnierz skórzanej kurtki, gwałtownie podnosząc na wysokość swojej twarzy, której mięśnie przybrały dość niepokojący wyraz.
-Jeśli sądzisz, że to zabawa...-zaczął mówić ochrypniętym, groźnym głosem, jednak nie dałam mu skończyć.
-Groźby na mnie nie działają, więc się tak nie wysilaj, bo jeszcze stracisz głos-powiedziałam chłodno patrząc mu w oczy, zasłonięte maską. Mężczyzna puścił mnie, trzymając jednak w jednej z dłoni koniec liny. Jakby to mogło mnie jakkolwiek zatrzymać.
   Przez chwilę sądziłam, że Batman zada kolejne bezsensowne pytania. Wbrew moim oczekiwaniom, wyjął z paska kieszeni jakiś pilot, który, po naciśnięciu guzika z powrotem schował. Nie miałam nawet czasu zastanowić się nad działalnością owego urządzenia, gdy moje wszelkie pytania zostały rozwiane, wraz z przyjazdem batmobila. Autopilot? Uśmiechnęłam się. Pojazd prezentował się zdecydowanie lepiej od właściciela i z pewnością nie był tak komiczny, a wręcz zachęcał by wsiąść za kierownicę. Zanim jednak zdążyłam rozważyć, czy wyrwanie się i kradzież pojazdu, byłaby na miejscu, moje marzenie o prowadzeniu tego cacka zostało szybko rozwiane. Jasna błyskawica przecięła niebo trafiając prosto w batmobil, który eksplodował w dość efektowny sposób. Jedno spojrzenie w kierunku Batmana dało mi do zrozumienia, że jest dostatecznie zdezorientowany tym wydarzeniem, by spuścić gardę. Nie czekając dłużej rozerwałam więzy. Gdy w końcu mężczyzna zwrócił na mnie uwagę, było już za późno. Jeden prawy sierpowy, trochę mocniejszy niż u normalnego człowieka, sprawił, że Mroczny Rycerz poleciał kawałek dalej lądując w ścianie magazynu. Tja. Raczej powinien to przeżyć. Uśmiechnęłam się biegnąć w kierunku motocykla.
- Do następnego razu, Detektywie! - krzyknęłam nie do końca pewna, czy gacek wciąż jest przytomny. Założyłam kask ,upewniwszy się, że walizka wciąż jest na miejscu, ruszając w drogę i kątem oka obserwując błyskawice rozjaśniające niebo.



*************


   Podrzucenie Chrisowi walizki zajęło dłużej niż przypuszczałam, tak samo jak droga powrotna. Nie mniej wcale nie zdziwiłam się, gdy wchodząc do domu, zauważyłam, że drzwi były otwarte, pomimo tego, że wychodząc zamykałam je na klucz.
- Wiesz, że to już nadopiekuńczość? - spytałam uśmiechając się na widok bruneta, który aktualnie rozglądał się po skromnie urządzonym salonie. Brak stolika, stara kanapa i kilka pustych półek raczej nie były niczym, czym można się było pochwalić, ale jakoś nie przejmowałam się tym faktem. 
- Jakoś to przeżyje. Chciałem mieć pewność, że postarasz się nie wpakować w kłopoty już na samym początku. Jak widać, dobrze, że akurat miałem zadanie w okolicy - odpowiedział siadając na kanapie. - Powinnaś zrobić coś z tym wystrojem, jeśli chcesz tu zostać. To miejsce wygląda fatalnie. - Zaśmiałam się na tą uwagę. Włamuję mi się do domu i jeszcze ma czelność oceniać.
- Wybacz. Moje środki na koncie są dość niskie, zważywszy, że żadnego konta nie posiadam, a jedyne jakie zdobyłam poszło na broń. Niemniej jakoś sobie radzę, więc nie potrzebnie się tak martwisz - powiedziałam siadając obok niego. - Dzięki za pomoc. Choć nie musiałeś niszczyć batmobila. Podobał mi się.
- Och, wybacz. Próbowałem tylko uratować ci tyłek. Następnym razem będę bardziej uważał na rzeczy, które możesz chcieć ukraść. - Nic nie odpowiedziałam na jego słowa. Przez chwilę zastanawiałam się jak często będziemy się teraz widywać. Ra's raczej nie daję wolnego i nie zezwala na odwiedziny. Fakt, że Batman o mnie wie, też jakoś nie napawa mnie optymizmem.
- Trochę zawaliłam. Chyba nie do końca to wszystko przemyślałam. Z resztą nie pierwszy raz - powiedziałam, w końcu przerywając ciszę. - Po prostu czasem za bardzo daję się porwać w wir walki, ale przecież do tego byłam trenowana, prawda?
- Jak już, to do przemyślanej walki, a nie takiej w której wszystko pogrąża się w ogniu.
- "Przemyślana walka"? To wcale nie brzmi zabawnie-mruknęłam opierając głowę na jego ramieniu. - Nie namówię cię na odejście, ale obiecaj mi chociaż, że nie dasz się zabić - powiedziałam całkiem poważnie dokładnie mu się przyglądając. W półmroku ledwo dostrzegałam kolor jego tęczówek.
- Zabawne. Miałem powiedzieć coś podobnego - odpowiedział rozbawiony, po czym jego twarz przyjęła ponuro poważny wyraz. - Nie igraj za bardzo z ogniem, bo w końcu się poparzysz. Teraz gdy odeszłaś, nie będę mógł już cię ratować, gdy zajdzie taka potrzeba - mówił odwzajemniając moje spojrzenie. Uśmiechnęłam się ironicznie.
- Przecież mnie znasz. Brak kłopotów zdecydowanie by mnie zanudził. Z resztą kto powiedział, że potrzebowałam twojej pomocy? Miałam całkiem niezły plan, póki się nie zjawiłeś.
-Nie wątpię. Z pewnością przyda ci się następnym razem. Zmieniając temat. Jak się podoba życie w Gotham?- spytał lustrując mnie wzrokiem, uśmiechając się w ten charakterystyczny dla siebie sposób.
-Nie tak źle jak mogłoby się zdawać. Coś mi mówi, że najlepsza zabawa dopiero przede mną.